Reżyseria: Sharat Katariya
Występują: Varun Dhawan, Anushka Sharma,
Premiera: 28 września
Czas trwania: 122 minuty
Język: hindi

W zeszłym roku mieliśmy okazję podziwiać na wielkim ekranie nową parę filmową. Anushka Sharma i Varun Dhawan po raz pierwszy wzięli udział we wspólnym projekcie. Twórca hitu Dum Laga Ke Haisha (polscy widzowie mogą kojarzyć tytuł Kochanego ciała nigdy za wiele ‚2015’) ponownie w centrum swoich artystycznych rozważań postanowił umieścić młode, poznające się co dopiero małżeństwo. Tak jak to bywa w przypadku tych aranżowanych przez rodziców związków. Sui Dhaaga nie jest oczywiście miałką komedyjką o charakterze stricte romantycznym. Całość zostaje osadzona w wystarczająco realistycznej scenografii. Przygotowanej tak, aby wzbudzić jak największe zainteresowanie publiczności. Potęguję je również temat poczucia własnej wartości, czy szacunku do siebie oraz drugiego człowieka. Najważniejszy wydaje się jednak aspekt prospołecznej współpracy. Jednoczy ona bohaterów i pomaga udowodnić innym, co jest się w stanie osiągnąć uporem oraz wytrwałością.

Mauji pochodzi z rodziny o starej, krawieckiej tradycji. Jego dziadek trudnił się tym rzemiosłem, a potem i jego ojciec. Przy czym ten drugi zrezygnował z zawodu na rzecz profesji, dzięki której był w stanie zapewnić byt swej rodzinie. Sam chłopak, choć potrafi uszyć cuda, pracuje u lokalnego biznesmena, handlującego maszynami do szycia. Skazany jest tam na wysłuchiwanie obelg oraz niewybrednych żartów pod swoim adresem. Pod wpływem żony (Mamty) rzuca rentowną posadę. Postanawia być sam sobie panem. Otwiera własny kram i przy wsparciu partnerki robi wszystko, aby osiągnąć upragniony sukces.

To co, tuż obok wątku pracy oraz krawiectwa, rzuca się w oczy to kwestia poszanowania w rodzinie. Chociaż nie wysuwa się ona na pierwszy plan, od początku widz ma świadomość, że to właśnie ta część fabuły będzie najbardziej poruszającą. Nie dążenie do polepszenia bytu, nie relacja męża z żoną, nawet nie wymiar społeczny. Związek między ojcem i synem nie wygląda za dobrze. Senior rodu ma wieczne oczekiwania, ciągłe pretensje, nie unika wzbudzania poczucia winy w synu. W porównaniu do Mamty ani cicha, będąca pod wpływem ojca matka, ani on sam nie są dla Maujiego wsparciem. Ich całkowitym przeciwieństwem jest wyżej wspomniana żona głównego bohatera. Z jednej strony typowa indyjska gospodyni. Z drugiej silna, chcąca być niezależną i szanowaną, kobieta. Zarówno ją, jak i jej małżonka poznajemy w momencie, kiedy sami nawzajem się do końca nie znają. Mimo że upłynęło już trochę czasu od zaślubin nie mieli okazji, by wspólnie pobyć, czy porozmawiać. Wydaje się to trochę dziwne, ale scenariusz na to pytanie daje odpowiedź. On był pochłonięty pracą, zaś dla niej centrum świata stali się schorowani teściowie. Sytuacja zmienia się wtedy, kiedy Mauji rzuca dotychczasowe zajęcie. Z pokorą przyjmuje życzliwą dłoń Mamty i przy jej pomocy zaczyna pracować sam na własny rachunek. Ukochana rozbudziła w tym pełnym pasji chłopaku nadzieję. Chwilę potem tchnęła w niego wiarę w ich sukces.

Mamta wykreowana przez Anushke to chyba najlepsza postać kobieca, jaką aktorka dotychczas stworzyła. Nie powala urodą, nie nosi przykuwających wzrok ubrań, nie jest wyzwoloną, krnąbrną młodą kobietą. Charakteryzuje ją skromność, pracowitość oraz ujmującą (wręcz dziecięca) nieśmiałość. Bije z niej niesamowita siła, która udziela się w końcu wszystkim bohaterom. Varun Dhawan podobnie jak Anushka jest tu niesamowity. Początkowo zgrywa głupka, podobnego do tego z innych jego filmów. Ku uciesze nie trwa to jednak długo i mamy okazję patrzeć na takie wydanie aktora, w jakim go jeszcze nie widzieliśmy.

Sui Dhaaga: Made in India to tytuł wystarczająco prospołeczny, aby zwrócić uwagę na pewien problem. Mianowicie roli małych wytwórców, których produkty wypierane są przez wielkie firmy. Choć według mnie w tym przypadku owe zagadnienie nazbyt zdemonizowano, pokazując jedną stronę medalu. Widzimy same zło i przykrości. Zostajemy pozbawieni dostrzeżenia plusów takiego stanu rzeczy. Tu nie ma nic kolorowego. Albo coś jest z góry czarne, albo białe. Na plus w ocenie całości przemawia ostatecznie prosta, dość autentyczna (choć zakończenie iście bollywoodzkie – no nie mogli się powstrzymać), wybitnie zagrana oraz dobrze napisana historia.  Całość ogląda się dość sprawnie, bez zbędnych dłużyzn. Na końcowe przesłanie (mało nowatorskie, co nie znaczy, że niemądre)  i słowa, jakie padają z ust jednego z bohaterów warto jest poświęcić ten jeden wieczór.

Udostępnij: