Reżyseria: Arnab Chaudhuri
Premiera: 5 maja
Czas trwania: 96 minut
Język: hindi

Bajki. Któż z Nas nie ma do nich słabości? Niby jesteśmy dorośli, ale lubimy, tak jak dzieci, zanurzyć się w animowanym świecie i śledzić losy bohaterów. Filmy tego typu mają coś w sobie. W przystępny sposób potrafią przekazać młodemu widzowi najważniejsze wartości, niekiedy przemycając aluzje odczytywane wyłącznie przez starszą wiekiem publikę. Chyba wszyscy moi czytelnicy wychowali się na kultowych już produkcjach Walta Disneya. Jestem też pewna, że dzieciakom nadal podsuwa się pod nos Piękną i Bestię czy Alladyna. Ja przynajmniej tak robię (mojemu ciotecznemu siostrzeńcowi) 🙂

W poszukiwaniu nowych doświadczeń, po Meridzie Walecznej i Krudach, których ostatnio widziałam, przyszedł czas na coś, stricte, indyjskiego. Zastanawiałam się czy nie przypomnieć sobie, lata nie oglądanej, Ramajany. Jednak ostatecznie wybrałam coś nowszego, w nadziei, że  na powrót do dzieciństwa jeszcze przyjdzie pora.


Arjun: The Warrior Prince jest filmem animowanym wyprodukowanym przez Studio UTV Motion Pictures i Walt Disney Pictures. Wcześniej pisałam już co wynikło z podobnej współpracy przy Anaganaga O Dheerudu. Tam jednak mieliśmy do czynienia z filmem aktorskim, a tutaj zostaje nam zaserwowana typowa animacja utrzymana, rzecz jasna, w kręgu kultury indyjskiej, ściśle mówiąc – mitologii. Scenariusz ma luźny związek z eposem Mahabharata i opowiada historię braci z rodu Pandawów. Na samym początku poznajemy kilkunastoletniego księcia, który prosi swą służącą o pewnego rodzaju ‚bajkę na dobranoc’. W ten sposób poznaje losy Arjuna i jego rodziny.

Akcja dzieje się w ogromnym królestwie, położonym w północnych Indiach. Hastinapur było rządzone przez lorda Indrę, który oddał tron swojemu młodszemu bratu, a sam wraz z rodziną, odszedł, pędzić żywot pustelnika. Wszyscy wiedli życie szczęśliwie do dnia śmierci Indry. Jego rodzina postanowiła wtedy powrócić do Hastinapur. Od tego czasu Arjun, syn wspomnianego lorda, razem ze swoimi braćmi, kształcił się w wojowniczym kunszcie pod czujnym okiem Drony. Chłopak był najzdolniejszym uczniem swego nauczyciela i poniekąd, dzięki nabytym umiejętnościom, stanowił zagrożenie dla kuzyna – Duryodhana (koleś z wąsem poniżej). I tu zaczyna się sztampowy ciąg dalszy …
Zapewne wielu z was ma wrażenie, że to już było. I w sumie to macie rację. Dwóch bohaterów o skrajnie różnych charakterach. Pierwszy prawy i honorowy, drugi zły do szpiku kości, gotowy na wszystko, byleby pozbyć się konkurenta do tronu. Nawet znajdziemy tu dobrze znany wątek księżniczki i bezdomnego włóczęgi (choć w rzeczywistości księcia).  Przychodzi sobie taki oto kmiotek i od razu rozwiązuje problem, przed jakim został postawiony. A w nagrodę bierze sobie rękę arystokratki. Czyż to nie romantyczne? Osobiście miło mnie to zaskoczyło (choć możecie wyczuć ironię w tym, co wyżej napisałam).
Film oglądałam się świetnie, choć momentami troszkę też mnie nudził. Koncept jest na tyle znany i tak często wałkowany, że wiadomo było jak historia Arjuna się skończy. Tak przynajmniej myślałam! Bo finisz rzeczywiście spełnił moje oczekiwania, aczkolwiek przeinaczono kilka rzeczy. W dodatku, kiedy mój wzrok zasnuwały chmury znudzenia, działo się akurat coś, co sprawiało, że z zaskoczenia otwierałam usta (naprawdę tak było!) oraz robiłam duże oczy. Co to było? Dlaczego? Jak to? Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Takie i inne pytania nasuwały mi się wtedy na myśl.
Fajne jest to, że w całej tej bajce jest taka jakaś harmonia. Chodzi mi głównie o kolorystykę. Są momenty, w których sceneria jest utrzymana w ciemnych kolorach. Są też takie, gdzie dominują jasne kolorki. Zwłaszcza sceny walk są nieźle ukazane (*patrz screen 2). Jeśli mowa o walkach. Pokazywanie panoramy pola bitwy robi wrażenie, a nawet nasuwa mi na myśl sceny z filmu „Aleksander Wielki”. Może brzmi to zabawnie, ale właśnie takie miałam pierwsze skojarzenia. Inne, myślę, że równie humorystyczne, to to, kiedy Arjun walczy wręcz ze swoimi wrogami. Ach! Bohater to Steven Segal, Chuck Norris i Pan Miyagi w jednym 😀 No po prostu to było takie dobre, że koniecznie musiałam to komuś pokazać. Druga rzecz … Zbyt drastycznie, no chwilami było po prostu zbyt drastycznie. Dla mnie, a co dopiero dla widowni, której film jest dedykowany. Wszędzie latają miecze, głowy podskakują odłączone od reszty ciał, krew się leje strumieniami. Straaaszny widok. Nie ma tego dużo, no ale jednak…
Muzyka! Niczym wisienka na torcie. Dobrze wpasowuje się w klimat. Jest w tle, nie wybija się na pierwszy plan, przez co w pełni skupiamy się na pościgu, ewentualnie walce. A i tak po zakończeniu filmu, wśród tych kłębiących się myśli, wygrzebiemy wspomnienia o ścieżce dźwiękowej – skomponowanej  przez duet Vishal-Shekhar.
Arjun: The Warrior Prince jest animacją chwaloną oraz zbierającą wysokie noty. Przede wszystkim ze względów technicznych. Jest to kolejny, ogromny krok dla indyjskiej kinematografii. Animacja ta ma przed sobą jeszcze wiele pracy, ale ten film jest dowodem na to, że twórcy są na najlepszej drodze do osiągnięcia 100 % sukcesu.
Owa produkcja jest interesującą opowieścią o sile, władzy, honorze, wierności wyznawanym ideałom. Przekazuje widzowi prawdę na temat tego, co powinno być ważne w życiu. Nie osiąganie kolejnych sukcesów,  lecz szczęście. Szczęście, które zależy jedynie od tego, czy są z nami ci, których kochamy.
Where there is truth, there is victory
Arjun: The Warrior Prince
Udostępnij: