Reżyseria: R. Balki
Występują: Tabu, Amitabh Bachchan, Paresh Rawal,
Premiera: 25 maja
Czas trwania: 140 minut
Język: hindi

Reżyserem Cheeni Kum jest R. Balakrishnan, znany szerszej publiczności jako Balki. Twórca jak dotąd tylko dwóch filmów. Tego, o którym Wam dzisiaj opowiem oraz głośnego Paa. Filmu opowiadającego o relacji ojca z chorym na progerię dzieckiem. Gwiazdą obu filmów jest Amitabh Bachchan, w drugim obrazie partneruje mu jego syn Abhishek. Warto też dodać, że Balki był współproducentem najnowszego filmu ze Sridevi – English Vinglish, który okazał się hitem w Indiach.
W Cheeni Kum zostaje nam  przedstawiona historia Buddhy. Szefa kuchni i właściciela renomowanej restauracji w Londynie, człowieka surowego i zamkniętego w sobie. Pewnego dnia jedna z klientek odsyła do kuchni danie, które w jej mniemaniu jest słodkie. Wściekły Buddha obraża Ninę, która na drugi dzień przynosi mu właściwie przyrządzoną potrawę. Następne wydarzenia sprawiają, że para nie tylko się ze sobą zaprzyjaźnia, ale i w sobie  zakochuje. Wszystko świetnie, tylko, co się stanie, kiedy tatuś Niny zobaczy, że jego przyszły zięć jest starszy nawet od niego?

Miałam dość duże oczekiwania wobec tej produkcji. Tlił się we mnie płomień nadziei, że twórcy nie pójdą w komercję i nie pokażą kolejnej pustej, i przesłodzonej (czyżby zamierzony tytuł Cheeni Kum – bez cukru?) historyjki związku starszego pana i młodej kobiety. Przesłanie filmu z pewnością godne uwagi. Zwłaszcza, że ogromna różnica między partnerami ciągle szokuje, nie tylko nasze, społeczeństwo. Pytania i stwierdzenia typu: Co ona w nim widzi?Taka piękna kobieta z takim ‚starym dziadem’, to normalka. No bo jak inaczej, w pierwszej chwili, zareagować na widok takiej pary? Czy prawo do szczęścia mają jedynie ludzie w sile wieku?

Balki w swoim filmie pokazuje, że miłość nie jest zarezerwowana tylko dla ludzi młodych, równolatków. Może narodzić się nawet między starszym panem (w przypadku Amitabha użycie słowa „dziad” nie wchodzi w grę ;)) , a młodą kobietą. Tutaj Amitabh jest 64 – letnim mężczyzną, kawalerem, mieszkającym z matką. Chciałabym napisać, że wszystko się zmienia, kiedy poznaję Ninę. Tak, chciałabym. Ale nie mogę. Ten typ nie przechodzi metamorfozy. Dalej jest nadętym dupkiem, nie potrafiącym wydukać słowa przepraszam. Sama zastanawiałam się co ona widzi w nim, a on w niej. I nie dlatego, że między tą dwójką jest tak duża różnica wieku. Chodzi mi raczej o osobowość bohaterów.

Spójrzcie … Buddha jawi się widzowi jako zarozumiały ignorant,  z naburmuszoną miną, facet, który myśli, że zawsze ma rację itd. Natomiast Nina to taka eteryczna istotka. Jest, ale jakby jej nie było. Mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi 😀 Cichutka, mądra,  pomocna przyjaciółka, dająca wszystkim dobre rady. Dla mnie postać bez charakteru. Nie polubiłam ani Niny, ani Buddhy. Z czasem ich zachowanie zaczęło mnie denerwować. Ile to ja się nie nakrzyczałam w czasie oglądani Cheeni Kum. To chyba pierwszy film, w którym kreacja stworzona przez seniora Bachchana mnie nie urzekła. Zarówno do jego postaci, jak i do tej granej przez Tabu, podeszłam bardzo emocjonalnie. I to mi się podoba! Nie oglądałam filmu biernie patrząc w ekran pustym wzrokiem, zatem ogromny plus.

Pierwsza połowa zdecydowanie lepsza. Praca w restauracji, pracownicy (niesamowity Colgate – ach! te jego zębiska 😀 ), powroty do maminego domu, rozmowy z młodziutką sąsiadką. Skoro o niej mowa. Nie przepadam za dziećmi w filmach. Nie wiem czemu. Po prostu mi się nie widzą. Tutaj Sexy pełni ważną rolę i jej relacja z Buddhą jest bardzo interesująca. Tylko w kontakcie z nią przestaje być cynikiem. Jednak jak dla mnie ta mała była zbyt wielką wyrocznią. Taka mądra, taka dojrzała, ze spokojem przyjmująca wyrok lekarzy. Niewiarygodne …

Druga połowa podobała mi się już mniej. Te podchody  z ojcem Niny ciągły się w nieskończoność, tylko po to, by w kolejnych scenach dłużył nam się motyw głodówki. W końcu zaczęło to się robić nuuuudne, bo ile można.

W Cheeni Kum jest fajne to, że filmu porusza tematykę, która chyba zawsze będzie aktualna. W poważną historię o miłości udało się wpleść wątki komediowe. Widz przez łzy próbuje się uśmiechnąć i to mu się udaje. Mnie szalenie rozbawiła scena w aptece i męskiej toalecie. Ach ten biedny Buddha!

Co jakiś czas w tle słyszymy wątek muzyczny Cheeni Kum. W tym miejscu nawiążę do ścieżki dźwiękowej. Może i to było miłe dla ucha, jednak na pewno nie zapadło w serducho. Jedynie wspomniany wyżej motyw wrył się w pamięć.

Film Balki’ego jest taką, słodko-gorzką, opowieścią o tym czego oczekują od nas inni i o ich reakcjach, kiedy te oczekiwania nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Mogłabym napisać prościej, ale napiszę tak jak to teraz czuję. To co w oczach pewnej osoby wygląda na tragedię, dla nas może być największym szczęściem. Co z tego, że w Cheeni Kum bohaterowie przyprawiali mnie o białą gorączkę? Co z tego, że film jest przewidywalny i momentami się ciągnie? W końcu – co z tego, że były już produkcje poruszające temat dużej różnicy wieku w związkach damsko-męskich? Mi film sprawił przyjemność. Bawił i wzruszał do łez, a w dużej mierze o to w kinie chodzi 🙂

Udostępnij: